Po co blogerom warsztaty kulinarne?

Na wielu blogach pojawiają się różne relacje z warsztatów kulinarnych. Dla blogera pierwsze zaproszenie na warsztaty to taki symbol oznaczający mniej więcej „zauważyliśmy Cię, masz Czytelników”. Wiem, że wielu blogerów czeka na to pierwsze zaproszenie i czeka, a kiedy w końcu pojawi się w skrzynce mailowej następuje szybkie sprawdzanie kalendarza i albo natychmiastowa odpowiedź „super! będę!” albo przewracanie życia do góry nogami, żeby TAM być.
karmel z sosem sojowym Kikkoman – świetny dressing do sałatek
Tylko po co? Najbardziej prozaiczna odpowiedź jaka może być to „chcę się czegoś nauczyć”. Rzeczywiście, zwykle na warsztatach można się nauczyć czegoś nowego. Jeśli nie wprost (tzn. może nikt Ci nie powie, że jak chcesz posiekać julienne to mają to być cienkie zapałeczki), to jeśli masz zmysły w dobrym stanie możesz zauważyć co się dzieje i po prostu przyswoić sobie coś nowego. Ja odważyłam się flambirować właśnie na swoich pierwszych warsztatach, bo w naszej drewnianej kuchni nie miałam odwagi. Na warsztatach też przypomniałam sobie o cudownych właściwościach lodowatej wody – niby proste rzeczy, a otwierają oczy.
Na warsztaty chodzi się też ze względów towarzyskich. Wiem, że niektórzy Czytelnicy piszą w komentarzach, że blogerzy to grupa wzajemnej adoracji i mają dość oglądania „tych samych gęb”. Dla nas blogerzy to kumple z pracy. Tak jak większość ludzi wychodzi z domu do pracy i spędza tam przynajmniej 8 godzin z kilkoma osobami, tak my (a raczej M.) zostajemy w domu w towarzystwie swoich płytek, piekarników, aparatów i komputerów. Nasi znajomi z pracy to ludzie, którzy pracują podobnie. Mamy z nimi kontakt wirtualny, ale czasami chcemy się z nimi po prostu zobaczyć. Warsztaty to taki moment w którym jesteśmy i w pracy i prywatnie. Poza tym, niektórych lubimy tak bardzo, że rezerwujemy im krzesło obok swojego przy stole, a potem piszemy czułe wiadomości z pytaniami o najlepszą rybę w mieście. Klasyka kumpla z pracy.
towarzystwo wzajemnej adoracji: od lewej – Marta Gotuje, Kulinarna Piniata, Crust&Dust, Tapas de Colores
Tutaj ktoś przytomny pewnie miałby ochotę powiedzieć „hej, ale te warsztaty to organizują producenci rzeczy wszelkich i traktują Was jak narzędzie marketingowe.” Oczywiście, że zaproszenie na warsztaty to dla blogera zobowiązanie. Jeśli mu się spodoba, świetnie by było, żeby o nich wspomniał. Dla nas jest to tak oczywiste jak product placement w polskich filmach. Produkty pojawią się na ekranie nie dlatego, że aktorzy uwielbiają „wegetariański smalec”, ale dlatego, że widzowie mają zauważyć jego istnienie (tutaj świetny tekst MediaFun). Nikt o zdrowych zmysłach nie wydaje pieniędzy tylko po to, żeby sprawić przyjemność komuś obcemu. Nawet akcje w stylu „nakarm psa kupując jogurt” załatwiają kwestię społecznej odpowiedzialności biznesu. Firmy nie zapraszają nas na warsztaty, bo jesteśmy cudownymi, błyskotliwymi i zdolnymi ludźmi, ale dlatego, że chcą dotrzeć do Was, nasi Czytelnicy. Dlatego też od pewnego czasu zadajemy sobie bardzo ważne pytanie – czy my sami kupilibyśmy ten produkt i czy chcemy go polecać naszym Czytelnikom? To niby proste pytanie bardzo ułatwia nam redagowanie odpowiedzi. Jeśli ktoś chce nas uczyć gotować z najnowszą kostką rosołową, to grzecznie i stanowczo dziękujemy. 
Najważniejsza kwestia warsztatowa o której musimy wspomnieć to dyskusje. Warsztaty otwierają przestrzeń dla rozmów o jedzeniu, kulturze stołu i składnikach. Na ostatnich warsztatach Kikkoman/Tabasco podczas rozmowy z Grzegorzem Łapanowskim próbowaliśmy zdiagnozować przyczyny złego stanu posiłków w polskich przedszkolach. Podzieliliśmy się obserwacjami z perspektywy rodzica, osoby lubiącej zdrowe jedzenie i osoby, która szkoli kucharki szkolne i przedszkolne. Chcemy o tym napisać większy tekst, więc teraz nie będziemy zgłębiać tematu, ale taka rozmowa otworzyła oczy nam wszystkim. Podczas warsztatów Trzy Znaki Smaku przygotowywaliśmy dania z polskich produktów, które są chronione znakami Unijnymi. Rozgorzała wtedy dyskusja na temat oryginalności receptur, zbytniej formalizacji procedur, zabierania szans tym, których przeraża biurokracja, a którzy są po prostu świetnymi rzemieślnikami. Te wszystkie rzeczy zostają nam w głowie i na kartce w postaci luźnych notatek z których chcemy stworzyć teksty. Dzięki takim notatkom dotarliśmy do producentów sera korycińskiego o których pisaliśmy tutaj
Nasi Czytelnicy lubią czytać, więc my potrzebujemy dobrych warsztatów, żeby móc pisać np. o tym, że sery korycińskie robią tylko kobiety, że marchewka wrzucona do lodowatej wody będzie chrupiąca, a Kikkoman to firma produkująca sos sojowy od 1603 (sic!). 

Powiązane posty

Co zjeść w Białymstoku

Co zjeść w Białymstoku

Białystok to miasto naszego dzieciństwa i darzymy je szczególnym sentymentem. To przecież stolica babki i kiszki ziemniaczanej, orzeźwiającej buzy z kaszy jaglanej. To miejsce w którym ser koryciński jadło się zanim stał się hipsterskim wszędobylskim serem naszpikowanym ziołami prowansalskimi czy suszonymi pomidorami dla podbicia ceny. […]

Jak gotować i piec z amerykańskich przepisów?

Jak gotować i piec z amerykańskich przepisów?

Amerykańskie strony internetowe i blogi to niesamowita kopalnia kulinarnych inspiracji. Mieszkając w USA zauważyliśmy, że ich podstawowe produkty spożywcze są nieco inne niż polskie. Po powrocie próbowaliśmy odtwarzać nasze ulubione smaki, ale nie było to takie proste. Nasze rodzime produkty spożywcze zachowują się nieco inaczej. […]



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


page.php